Passa. Zwrot akcji. Momentum. Zmienne jak kobieta zjawisko, które pojawia się w NHL wtedy, gdy rusza pełna emocji gra o wszystko w rozgrywkach posezonowych. Poczynając od pierwszej rundy Pucharu Stanleya, zwroty momentum podczas pojedynczych meczów i całych serii przyprawiają zawodników i kibiców o mocniejsze bicie serca. Z czasem, stopniowo, oddzielają zwycięzców od pretendentów, aż do chwili kiedy kapitan tych pierwszych wzniesie nad głowę najcenniejsze trofeum. Puchar trafia bowiem do tych, którzy, zapewnią sobie, by momentum pracowało na ich korzyść jak najdłużej.
Co ciekawe, świat teoretyków NHL, nieczuły na wszystko czego nie można zmierzyć i zliczyć, nie ma dla momentum właściwej kategorii poznawczej. W świecie statystyków obowiązują przepisy i zasady – o wiele lepiej poddające się wygodnej ocenie specjalistów. Zgodnie z nimi, w pierwszych trzech rundach rozgrywek (czyli odpowiednio w ćwierćfinałach, półfinałach i finale konferencji) o wszystkim powinna decydować przewaga własnego lodu. Zyskuje ją zespół, który został rozstawiony z wyższym numerem w konferencji po zakończeniu sezonu zasadniczego. Natomiast w wielkim finale Pucharu Stanley’a przewaga ta przypisana jest drużynie o większej liczbie punktów w sezonie zasadniczym. Tak czy inaczej, zespół z przewagą rozgrywa mecze 1,2, 5 i 7 (o ile dwa ostatnie będą potrzebne) na własnym lodzie, a do niżej plasowanego rywala wyjeżdża na maksymalnie trzy mecze w serii. Jeden mecz więcej u siebie powinien dać wystarczającą przewagę psychologiczną, prawda?
No właśnie – niekoniecznie
Nie będzie tak, jeśli niżej rozstawiony zespół przyjezdny postara się o przeciągnięcie momentum na własną stronę. Najlepiej jeśli wygra choć jeden z dwóch pierwszych meczów na wyjeździe. Zdobędzie jako pierwszy gola w przewadze. Zneutralizuje na dłuższy czas kluczowego gracza przeciwnika, tak by ten zakończył któryś z meczów bez dorobku punktowego. W takiej sytuacji powstanie bezcenny precedens, dowód niemocy jednej ze stron (w tym wypadku – gospodarzy), padnie cios powodujący jeszcze nie nokaut, ale szybki nokdaun faworyta. Momentum – nieogarnięta siła psychologii sportu – znajdzie się wtedy po stronie gości i pozostanie tam aż do chwili, kiedy wyżej plasowany zespół nie odbierze go znowu siłą, np. strzelając wyrównującą bramkę w ostatniej minucie meczu. I tak do końcowej syreny ostatniego meczu.
najciekawsze zwroty akcji
Historia NHL – i to całkiem niedawna - pełna jest pięknych i dramatycznych chwil przejmowania momentum. O zmianie losów serii nie zawsze decydują bowiem strzelone bramki, czy powalające bodiczki (choć nie sposób zapomnieć o finale Konferencji Wschodniej w 2000 r. gdy po zagraniu ciałem Scotta Stevensa, które wykluczyło z gry Erica Lindrosa, Devils pokonali Flyers po siedmiu meczach, mimo że wcześniej w serii było 1-3). Czasami zmian momentum nie sposób się doszukać w podsumowaniach pomeczowych statystyk. Dlatego warto sobie przypomnieć, a młodszym kibicom – przedstawić, te najbardziej kluczowe punkty zwrotne ostatnich lat.
Obietnica Mikea Messiera
Wiosną 1994 r. jedni z faworytów rozgrywek - New York Rangers - w finale Konferencji Wschodniej grają ze swoimi wielkimi rywalami zza miedzy: New Jersey Devils. Po pięciu meczach jest 3-2 w serii dla Diabłów. Ówczesny kapitan Rangers Mike Messier, w wywiadzie dla nowojorskich mediów publicznie gwarantuje zwycięstwo swojej drużyny w meczu nr 6. I w sposób praktycznie bez precedensu w nowoczesnej historii zawodowego hokeja na lodzie, zdobywa hat-tricka w trzeciej tercji meczu, przechylając szalę wygranej na stronę Strażników. Momentum z hukiem silników Boeinga na nowojorskim lotnisku LaGuardia wynosi Rangers do zwycięstwa w tej serii i późniejszego, równie dramatycznego, tryumfalnego finału Pucharu Stanleya przeciwko Vancouver Canucks. A sam Messier zostaje na lata ikoną sceny sportowej w Nowym Jorku.
Patrick Roy – człowiek, który okiełznał momentum
W 2001r. Colorado Avalanche grają w Pucharze Stanley'a dla Raya Bourque – to ostatnia szansa tego znakomitego obrońcy na zwieńczenie 22-letniej kariery tym trofeum. Ich rywalem są New Jersey Devils. W czwartym meczu finałów legenda Colorado Avalanche, bramkarz Patrick Roy popełnia kosztowny błąd. Próbując zagrać krążek kijem traci nad nim kontrolę, napastnik New Jersey Devils Jay Pandolfo odbiera mu gumę, podaje do Scotta Gomeza, który wyrównuje stan meczu. Niedługo później Diabły strzelają jeszcze jedną bramkę, wygrywają mecz i wyrównują stan serii na 2-2. W następnym meczu, rozpędzeni gracze z New Jersey ogrywają Lawinę zdecydowanie 4:1.
Devils prowadzą w serii 3-2 i mają do rozegrania, być może decydujący, mecz u siebie. Prasa nie tylko w Denver wytyka Roy błąd w meczu nr 4, uważając go za punkt zwrotny w całym finale. Bramkarz przyjmuje krytykę osobiście – i... przeciąga momentum na stronę Lawiny. W meczu nr 6 golkiper zespołu z Denver jest nie do przejścia, broniąc wszystkie 24 strzały gospodarzy. 3-3 w serii i decydujący mecz w hali Avalanche. 3:1 dla Colorado, a zdobywcą nagrody Conn Smythe Trophy dla najbardziej wartościowego gracza playoff zostaje... właśnie Patrick Roy. Człowiek, który okiełznał momentum.
Dopóki krążek w grze
Z kolei w 2006r. w finale Pucharu Stanleya w barze na Manhattanie śledzę przebieg serii pomiędzy Carolina Hurricanes a Edmonton Oilers. Na mniej niż trzy minuty przed końcem drugiej tercji meczu nr 1 goście z prowincji Alberta prowadzą 3:0 i nic nie zapowiada późniejszego dramatu, tym bardziej że golkiper Oilers Dwayne Roloson broni spokojnie i pewnie. Dwie bramki Raya Whitneya i jedna kapitana Roba Brind’Amoura doprowadzają do remisu 3:3 i robi się nerwowo.
Pod koniec trzeciej tercji, przy stanie 4:4, bardzo poważnej kontuzji kolana doznaje Roloson i nie wraca już na lód do końca finałów. Zastępujący go Ty Conklin na 32 sekundy przed końcem meczu wyjeżdża za bramkę po krążek, ten nieszczęśliwie po jego zagraniu odbija się od obrońcy Jasona Smitha i trafia do Brind’Amoura, który umieszcza go w pustej bramce. Mina trenera Craiga MacTavisha wyraża wszystko – momentum właśnie przeszło na stronę Hurricanes. W meczu nr 2 Carolina z łatwością upora się z grzejącym od trzech miesięcy ławę Jussi Markkanenem w bramce gości (wynik 5:0) a dwanaście dni później ten sam Brind’Amour wzniesie nad głowę Puchar Stanleya.
Dzięki momentum hokej jest pięknym sportem
To właśnie poczucie nieustannego sportowego napięcia i element suspensu w momentach takich jak przytoczone powyżej, sprawiają, że rozgrywki o najcenniejsze trofeum w NHL są tak pasjonujące. Szybko okazuje się, że początkowe rozstawienie w playoff na podstawie miejsc w tabeli nie jest najważniejsze. Niżej rozstawione kluby w każdej kolejnej serii zaskakują analityków, uciszają kibiców rywala na trybunach hal, w których goszczą i przechylają szalę na swoją stronę. Bo walka o przejęcie momentum to sedno Pucharu Stanleya. A momentum w naszej strefie czasowej niekiedy zmienia się o trzeciej lub piątej nad ranem. Nie warto takich chwil przespać.
Marcin Hartman – nhl.com.pl
Artykuł opublikowany równocześnie na stronie www.nhl.com.pl i "Magazynie Hokej"
)









